Dnia 7 czerwca 1999 roku, podczas pielgrzymki do Polski, Papież Jan Paweł II beatyfikował w Toruniu ks. Wincentego Frelichowskiego. Rok później biskupi polscy ogłosili Go Patronem Harcerzy Polskich „bez względu na przynależność”. Dlaczego właśnie On? Kim był ten nietypowy Druh, błogosławiony ksiądz Stefan Wincenty Frelichowski?
Warto zaprzyjaźnić się z Druhem Wickiem – młodym radosnym chłopakiem, harcerzem i księdzem, którego mocny charakter, niezachwiana wiara i wytrwałość zaprowadziły go na szczyt ideałów – do świętości. On może być dla nas autorytetem: był naturalny i mimo trudności czasów, w jakich przyszło mu żyć, do końca pozostał wierny ideałom, o których mówił i w które wierzył.
Urodził się 22 stycznia 1913 roku w Chełmży. Był chłopcem żywym, ciekawym świata i ludzi, wesołym i skorym do płatania różnego rodzaju figli. Bywały jednak chwile, kiedy był poważny i przeżywał głęboko wydarzenia, o których nikomu nie mówił. Od najmłodszych lat był ministrantem, a służenie do Mszy świętej traktował jako wyróżnienie i nigdy tego obowiązku nie zaniedbywał. W rodzinnej miejscowości upłynęły jego lata szkolne i gimnazjalne. Tam też rozpoczął swą harcerska służbę w II Drużynie Harcerskiej im. Zawiszy Czarnego. Był najpierw zastępowym, a potem drużynowym. Miał więc możliwość oddziaływania na chłopców powierzonych jego pieczy: starał się chronić od zła, a zaszczepiać dobro.
W swoim pamiętniku tak napisał o roli drużynowego:
“taka drużyna dawałaby swym członkom coś więcej niż samą karność i trochę wiedzy polowej i przyjemne obozy, lecz dawałaby mu pełne wychowanie obywatela znającego dobrze swoje obowiązki dla Ojczyzny. Ja sam wierzę mocno, że państwo, którego wszyscy obywatele byliby harcerzami, byłoby najpotężniejszym ze wszystkich. Harcerstwo bowiem, a polskie szczególnie, ma takie środki, pomoce, że kto przejdzie przez jego szkołę to jest typem człowieka, jakiego nam teraz potrzeba. A już najdziwniejszą, ale najlepszą jest idea harcerstwa : wychowanie młodzieży przez młodzież. I ja sam, jak długo tylko będę mógł, co daj Boże, aby zawsze było, będę harcerzem i nigdy dla niego pracować i go popierać nie przestanę. Czuwaj!”
Szukając swego miejsca w dorosłym życiu, wybrał kapłaństwo. Nie była to jednak łatwa decyzja: lekarz-chirurg czy kapłan? Niełatwo mu było wszystko zostawić – kolegów, przyjaciół młodości i drużynę. Nikt z kolegów nie wiedział o Jego rozterkach, o których zwierzał się tylko w swoim pamiętniku:
jak cudownie, jak pięknie nęci mnie świat. Dopiero po maturze on mi się objawił. Byłem sympatyczny, byłem zdolny, wszystkie drogi miałem otwarte. Przyszłość uśmiechała mi się wszystkimi promieniami tęczy, a prócz tego świat dał mi jeszcze poznać, czym jest miłość, miłość pierwsza, młodzieńcza. Nie miłość ciał, nie zmysłowość, ale przyjaźń duchowa. I smutno mi było, smutno Agnieszce. Serce mi się krajało, gdy z płaczem mnie żegnała. Nie namawiała mnie do zostania, uszanowała moją wolę i ja jej nigdy nie zapomnę, bo to była jedyna, przed którą me serce otworzyć mogłem. Nie było pocałunków, nie było zbliżeń. A jednak było nam dobrze. Bośmy sobie wzajemnie dusze nasze oddali. I smutno mi teraz i tęskno mi i rozpacz ogarnia serce moje, bo nie mam przyjaciela tutaj, komu mogę się wypowiedzieć, komu wyznać moje tajemnice, rozterki wewnętrzne.
Przyjacielem moim to Chrystus, to Pan mój. Wiem, że to najlepsza droga. Wiem, że Maryja moja najlepsza Matka i pocieszycielka./…/Ale precz z marzeniami. Wiem, że nie od razu je pokonam, że głosy świata usilnie mnie wołają. Ale ufam, że Jezus mi dopomoże, być dla Niego tą ofiarą. Wiem, że niegodny jej jestem, ale chcę być kapłanem wedle Serca Bożego. Tylko takim. Innym nie.”
W seminarium w Pelplinie nie stracił kontaktu z harcerstwem prowadząc klerycki krąg instruktorski. Jako seminarzysta pozostał wierny swoim zobowiązaniom harcerskim. Zawsze starał się dobrym przykładem zachęcać kolegów do pracy nad sobą w zwalczaniu wad i pielęgnowaniu cnót. Po sześcioletnich studiach, 14 marca 1937 roku został wyświęcony na kapłana. Po otrzymaniu święceń zostaje sekretarzem biskupa Okoniewskiego, a od lipca 1939 roku pracuje jako wikary w Parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Toruniu. Jego ówczesny proboszcz tak o nim napisał:
Jego wzrok miał coś odmiennego, nieprzeciętnego. W rozmowie nawet najbardziej codziennej i bezpośredniej, gdy patrzył swymi jasnymi oczyma na mnie, odnosiłem zawsze wrażenie, że patrzy daleko poza mną, mimo całego skupienia na przedmiocie rozmowy. Usposobienia był radosnego, szczery i wesoły w rozmowie, a subtelny i delikatny w wyrażaniu się i wydawaniu oceny. Będąc harcerzem, miał też piękny, życzliwy stosunek do otoczenia, wyrażający się w uczynności…
Ludzie wręcz lgnęli do księdza Frelichowskiego. Szczególne podejście, jako harcerz, miał do dzieci i młodzieży. Doświadczenie harcerskie wykorzystywał w pracy z młodzieżą: organizował biwaki, podchody, zbiórki i wycieczki. Był księdzem bliskim, nie tylko stojącym przy ołtarzu. Świadczył o Bogu całym swoim życiem.
O tym, jak przeżywał swoje kapłaństwo, mówią słowa napisane przez niego w drugą rocznicę święceń:
Dziś druga rocznica mych prymicji. Dzięki Ci, Panie, za to, co doznałem przez te dwa lata. Nawet za błędy i odchylenia od Twej woli. Wracam obecnie do Ciebie, Panie, by Ci naprawdę służyć. Mam może opalone już trochę skrzydła, lecz… w głębokiej pokorze klękam przed Tobą i proszę: daj mi szczerze prowadzić życie i nigdy nie być aktorem życiowym. Daj odwagę życia według wskazań Twoich. Klękam niżej, niż zwykle… Panie, Tobie daję me życie. Nie umiem wyrazić mych obecnych myśli. Niech te chwile mojego wahania życiowego i odchodzenia od Ciebie staną mi się obecnie mocą. Boże, chcę być naprawdę kapłanem.
Po wybuchu II wojny światowej i wkroczeniu wojsk niemieckich do Torunia, 7 września 1939 roku został aresztowany jako szczególnie niebezpieczny dla okupanta, ze względu na swoją harcerską działalność i osadzony w VII Forcie. Tam starał się nieść pomoc i pociechę współwięźniom, szczególnie chorym i słabym. Swoją służbę Bogu i bliźnim kontynuuje w kolejnych obozach: Stutthof, Grenzdorf, Oranienburg-Sachsenhausen i Dachau, organizując konspiracyjne modlitwy, Msze święte, spowiedzi i inne formy opieki i pomocy, wyszukując najbardziej umęczonych i załamanych współwięźniów. Dachau było ostatnim miejscem pobytu druha Wicka. Jego numer obozowy to : 22 492. Władze obozowe zabroniły wszelkiej działalności duszpasterskiej. Za posiadanie książeczki do nabożeństwa, medalika lub różańca groziły surowe kary. Jednak On nie zważając na trudności jeszcze intensywniej pełnił swoją kapłańską posługę. Stał się ojcem duchowym dla swojego bloku, ale nie tylko. Przewodniczył codziennym modlitwom, organizował Eucharystię. W swoich modlitwach obejmował pamięcią zmarłych i tych, którzy załamywali się. Jeden ze współwięźniów tak to opisał:
Wicek modlący się. To trzeba było zobaczyć. To nie było odklepywanie modlitw. To był bezpośredni kontakt z Bogiem. Wicek klęczy wśród więźniów. Jest skupiony i zwarty w sobie. Ręce składa ufnie, jak dziecko…Byli ludzie, którzy patrzyli tylko na niego, włączali się w jego modlitwę i prosto z nim usiłowali chwycić najwyższe, jedyne połączenie. Byli tacy, którzy nie zdążyli za bezpośrednim stykiem…,ale wiedzieli, że trzeba się trzymać. Wicek został w Toruńskim Forcie, a potem w Stutthofie, Oranienburgu, aż do tyfusowych zemrzyków w Dachau na takim spotkaniu z Bogiem, że trudno było podążyć. Stale za nim podążali ludzie.
Najcięższy w Dachau był rok 1942. Wielu umarło z głodu, wycieńczenia ponad ludzkie siły. Wiosną ksiądz Wincenty się rozchorował, ale dzięki życzliwości przyjaciół powrócił do zdrowia. Jego współtowarzysz tak wspomina ten okres :
Rok 1942-to okres wielkiego głodu i wyczerpania sił uwięzionych, do ostatnich granic. Całymi stosami wywożono do krematorium szkielety ludzkie. Nikt im nie spieszył z pomocą, bo każdy miał dość kłopotu z samym sobą. Wicek dopiero teraz znalazł się w swoim żywiole. Jego młodzi przyjaciele (byli to zatrudnieni w szpitalu studenci medycyny) torowali mu w rewirze wszędzie drogę, aż do najbardziej izolowanych części szpitala. Chodził tam, pocieszał, spowiadał, roznosił Komunię świętą. Iluż to księży i ludzi świeckich wspominało później wiecznie pogodnego Frelichowskiego, który sam chory, innych chorych na duchu podnosił i podtrzymywał.
Życie obozowe zmierzało do upodlenia człowieka. Wszystkie działania były nakierowane na ten cel. Chciano, aby więźniowie wyzbyli się ludzkich odruchów miłości, życzliwości, współczucia. Ksiądz Wincenty przeciwstawił tym działaniom siłę dobra, które znajdowało moc w Bogu. Odprawiał potajemnie Msze święte. Nie było ołtarza, szat i naczyń, ale było to, co istotne. Uczestnicy przyjmowali Komunię świętą, trzymając okruszynę chleba konsekrowaną na ich dłoniach przez sprawującego Mszę świętą kapłana. Po Mszy pozostawała pewna ilość Najświętszego Sakramentu, który przechowywał w szafie za menażkami.
Gdy w latach 1944-45 wybuchła w obozie epidemia tyfusu, mimo strachu, ksiądz Frelichowski organizował chorym pomoc. Baraki zarażonych odizolowane byty od reszty obozu drutem kolczastym oraz wzmocnionymi strażami, aby nikt się stamtąd nie wydostał. Ludzie chorzy skazani byli zatem na nieuchronną śmierć. Ksiądz Wincenty jednak, przekradał się do potrzebujących, pielęgnował zarażonych, zachęcał innych do opieki nad chorymi, zanosił im Eucharystię oraz żywność, zdobywał cudem potrzebne lekarstwa, niósł dobre słowo i uspokajał swoją obecnością. Niestety, on także zaraził się tą śmiertelną chorobą i wszelkie próby przywrócenia go do zdrowia okazały się daremne. Zmarł 23 lutego 1945 roku, krótko przed wyzwoleniem obozu. Jego śmierć napełniła więźniów smutkiem i żalem.
Po Jego śmierci zdarzyło się coś, czego by się nikt nie spodziewał. Więźniowie poprosili o możliwość oddania publicznej czci jego zwłokom. Władze obozowe wyraziły na to zgodę. Jeden z uczestników tych zdarzeń tak je opisuje:
W milczeniu i nabożnym, modlitewnym skupieniu przesuwał się przez kostnicę tłum więźniów. Szli młodzi i starzy. Szli Polacy i cudzoziemcy. Znali go wszyscy. Popłynęła wówczas w jego intencji niejedna modlitwa gorąca do Stwórcy, niejedna łza szczerego żalu spłynęła po policzku. Odszedł kochany, święty kapłan. Odszedł człowiek, który swe życie złożył na ołtarzu miłości i miłosierdzia względem bliźniego i jego nieśmiertelnej duszy.
hm. Rafał Łaskawski
Kapelan Chorągwi Stołecznej ZHP