Należę do grona tzw. kadry 35+. To ta grupa, w której instruktorom częściej zdarza się myśleć (a niestety także mówić): kiedyś to było harcerstwo… Sam wpadam czasami w tę piekielną pułapkę płytkich porównań i braku dystansu do własnych doświadczeń. Pewnie, że najfajniejsze i najlepsze harcerstwo było wtedy, kiedy to ja prowadziłem drużynę, szczep czy hufiec. Każdy ma prawo tak czuć. Nieważne, kiedy było to jego “kiedyś”. Przyznajmy jednak, że dziś harcerstwo jest inne niż kilka, czy kilkanaście lat temu. Zawsze jest inne, na miarę swoich czasów. Harcerstwo się zmienia, ponieważ zmieniają się warunki jego działania. Uważam, że to bezpieczna, niekontrowersyjna teza. Trudno chyba się o nią pokłócić. A jest dobrym punktem wyjścia do dostrzegania tego, co ciekawe i o czym można podyskutować. O znaczących różnicach tych wielu czasów. I dzisiaj chciałbym podzielić się z Wami swoim uważaniem, że ta obecna rzeczywistość, ta w której to Wy działacie na pierwszej linii, ma wielką przewagę i , pomijając wszelkie zagrożenia i ryzyka jakie ze sobą niesie, może być dla drużynowego źródłem wielu szans i możliwości. Co, być może, umieją dostrzec i docenić zwłaszcza ci, którzy pamiętają czasy analogowe. Pozwólcie więc, na nieco osobiste podjęcie tematu atrakcyjności harcerskiego programu.
Nowocześnie, ale tradycyjnie
Z czasów, gdy prowadziłem drużynę harcerzy – a było to kilkanaście lat temu – pamiętam hasło, którym promowała się nasza organizacja. Brzmiało: nowoczesny program, tradycyjne wartości. Wydawało mi się to fajnie wymyślone. Choć myślę, że bardziej pasowało do pewnego wyobrażenia czy tez marzenia o harcerstwie, niż trafnie to jakim w rzeczywistości było. Refleksje wokół tego hasła towarzyszą mi do dzisiaj. O ile było i jest dla mnie jasne, do czego można odnosić sformułowanie o tradycyjnych wartościach, o tyle z nowoczesnością programu niezmiennie mam ten sam kłopot. Pamiętam, że jako drużynowy, nie umiałem jednoznacznie odnieść tego wyzwania nowoczesności do swoich działań. Brakowało jasnego dopowiedzenia: program nowoczesny, czyli jaki? Zatem, każdy mógł sobie to sam dośpiewać.
Program mojej drużyny zapewne nie odbiegał od tego, co oferowało wówczas wielkomiejskie harcerstwo. Byliśmy dość mocno osadzeni w obrzędowości. Osią zbiórek były techniki harcerskie, sporo pracowaliśmy z mapą. Wychodziliśmy w teren do pobliskich parków, rzadziej do lasu za miastem. Braliśmy udział w imprezach programowych szczepu i hufca. Na obozy jeździliśmy do lasu, nigdy na bazę. Każdego lata mieliśmy inną obrzędowość: elficką, archeologiczną, indiańską. Zwiady, chatki i – zazwyczaj trzydniowe, głównie piesze – wędrówki. Metodę harcerską, zwłaszcza świeżo po kursach, stosowaliśmy skrupulatnie, bez kwestionowania, rozmieniania na drobne i wybrzydzania. Z frekwencją na zbiórkach było różnie, ale w podobozie było nas zawsze około dwudziestu, co uważałem za odpowiednie dla męskiej drużyny.
Nowe przychodzi z zewnątrz
Wydaje mi się, że moje harcerstwo nie przyciągało chłopaków tą oczekiwaną nowoczesnością programu. Raczej atrakcyjnością ludzi, koleżeństwem i duchem drużyny. Program był ważny. I przede wszystkim – był! Czy na zbiórkach czy na obozie, nudy i zbijania bąków nie było. Zawsze zajęcia miałem dość dobrze przygotowane, rekwizyty zrobione, piosenki wcześniej wybrane. Nie znosiłem być nie w pełni przygotowany, choć i tego czasem nie udało się uniknąć. Element nowości do życia naszej drużyny wnosiły zazwyczaj imprezy hufcowe. Pierwszy raz GPS obsługiwaliśmy na rajdzie o najlepszy zastęp hufca. Podobnie było ze wspinaniem się z uprzężą, pierwszym zjazdem tyrolskim, przejściem przez jaskinię, zimowym wyjściem w wysokie góry, rozgrywkami w paintball, wizytą na strzelnicy. Dzisiaj może nie robi to wrażenia, ale uwierzcie – na początku XXI wieku były to prawdziwe atrakcje.
Przydługa puenta
Mam 35 lat. Nie urodziłem się z tabletem w ręku. Internetu musiałem się nauczyć. Pierwszy raz na wakacje za granicę pojechałem w czasie studiów. Dwadzieścia cztery godziny w autokarze do Paryża, za dwa tysiące złotych. Latanie było droższe. Drużynowym zostałem w 2000 roku. Na zbiórki jeździłem autobusem. W mojej klasie licealnej tylko jeden kolega miał prawo jazdy i własnego garbusa. Pierwszego peceta rodzice kupili, jak byłem w drugiej klasie jeszcze czteroletniego liceum. Jeden komputer na trzech (mam dwóch braci). Plany pracy pisałem więc raczej na maszynie do pisania. Moja drużyna nie miała strony internetowej, ani face’a. Siatka alarmowa drużyny oparta była na telefonach stacjonarnych. Po wszelkie istotne informacje przychodziło się do hufca, gdzie rozkładane były drukowane komunikaty. Czytało się “Mokotowiaka” – hufcową gazetę instruktorską. Miejsce na obóz załatwiało się, wysyłając pisma do nadleśnictwa – co roku tak samo. Pilnowało się, aby tzw. hufcowe miejscówki pozostały hufcowymi. Mój hufiec najwyraźniej nie potrzebował w tym czasie chorągwi do niczego. Pierwszych instruktorów spoza hufca poznałem jako komendant szczepu. Nie byłem na żadnym chorągwianym kursie. Wszystkie potrzebne zrobiłem w swoim hufcu lub innych warszawskich hufcach. Nie pamiętam czegoś takiego jak chorągwiane referaty metodyczne. Ze specjalności, zetknąłem się w hufcu z ratownictwem. Czasem poprosiło się “czterdziestki” o rozłożenie paintballa na zbiórce drużyny. Pomysły na zbiórki i zajęcia obozowe czerpałem z własnej głowy, czasem z książek.
Gdybym dzisiaj prowadził drużynę, zapewne wiedziałbym, że chorągiew nie jest złem koniecznym. Może chadzałbym na spotkania chorągwianego referatu harcerskiego. Kurs drużynowych zrobiłbym pewnie w swoim hufcu, a na instruktorski pojechał gdzieś w Polskę. Nową miejscówkę na obóz zdobyłbym, zamieniając się ze szczepem z innego hufca. Albo pojechał z nim na wspólny obóz! Najlepsze pomysły na zbiórki czerpałbym pewnie z Internetu, być może odwiedzając centralny bank pomysłów. Raz na kilka lat zabrałbym swoich harcerzy na jamboree (samolotem!), a raz do roku – na Wędrowniczą Watrę. Może zdobyłbym jeden, dwa granty w roku od fundacji bankowej i zrealizował fajny projekt. Albo, jeszcze prościej, zgłosiłbym się do programu “Działamy!” i dostał pieniądze z chorągwi! O tak wielu rzeczach dowiedziałbym sie z Facebooka! O ciekawych warsztatach metodycznych, duchowym Kursie Aplha, konferencji programowej, szkoleniu z obsługi pilarki czy kierowania ruchem drogowym. Dla urozmaicenia programu drużyny zapraszałbym do współpracy różnych specjalistów, zapoznanych gdzieś w chorągwi – ratowników, strażaków, łącznościowców, spadochroniarzy, wodniaków, filmowców, sędziów strzeleckich, koniarzy…
Ci, którzy dzisiaj prowadzicie drużyny! Macie tyle możliwości, tyle opcji, tak bogatą ofertę wokół. Taką łatwość w nawiązywaniu nowych kontaktów, taką dostępność informacji. Mówi się, że inspiracją są dla nas inni ludzie. To banał, ale bardzo prawdziwy! Korzystajcie ze wspólnoty, która tworzy się od kilku lat w chorągwi. Nigdy wcześniej nie była ona tak wartościowa, różnorodna i otwarta, jak dzisiaj. Dzielcie się swoimi doświadczeniami i czerpcie z doświadczeń innych. Bądźcie otwarci i nie pozwólcie zamknąć się z zbyt wąskiej wspólnocie. Sami się w niej też nie zamykajcie. Otwartość i czerpanie z dostępnych możliwości, to moim zdaniem najlepszy przepis na dobry, atrakcyjny i rozwijający program drużyny.
hm. Marcin Adamski